Strajk!🇵🇱

The “diary of heteronormativity strike” got translated in Polish! I’m so grateful. I hope you enjoy it.

Zaczynam strajk. To strajk napędzany niezwykle osobistymi pobudkami. Ale może odnajdą się w nim także inne kobiety. Strajkuję przeciwko heteroseksualności. 

Preambuła. 

Już jakiś czas temu przestałam podejmować jakiekolwiek wysiłki w zakresie heteroseksualnego „uwodzenia”. Od trzech czy czterech lat nie staram się być świetna w łóżku, nie staram się też być piękna dla mężczyzn* – tych w moim domu i tych spotykanych w przestrzeni publicznej, w pracy. 

Mimo to przez ostatnie lata wciąż wtłaczałam się w schemat pary heteroseksualnej, która nie jest heteronormatywna. I poświęciłam mnóstwo czasu, energii i miłości na próby zbudowania tej utopii. Ponieważ kocham mężczyzn, zakochuję się w nich i ich pożądam.

Jestem zmęczona 20 latami heteroseksualnych związków. Wszystkie były heteronormatywne (mniej lub więcej wyłączności, mniej lub więcej zaborczości, wspólne mieszkanie, wspólne projekty, kompromisy po to, żeby być razem). Jestem zmęczona i zła. Nie na mężczyzn, których kochałam i kocham, ale na schemat pary, którą sobie wyobrażamy, bo – jak mi się wydaje – tak jesteśmy sformatowani. 

Jestem zmęczona, bo bycie feministką, będąc w związku, jest wycieńczające. Sam aktywizm na forum publicznym jest już wykańczający, a kontynuowanie aktywizmu w domu (z łagodnością, wysłuchaniem i wyjaśnieniami) jeszcze bardziej. Nigdy nie byłam w związku z mężczyzną, który interesowałby się dogłębnie feminizmem, który by dużo czytał, żeby oduczyć się seksistowskich uprzedzeń i stereotypów, który nie przyjmowałby defensywnej postawy przy temacie kobietobójstwa, kultury gwałtu, obciążenia psychicznego i seksualnego.

Nigdy nie byłam w związku z mężczyzną, który nie uważałby, że moje ciało, seksualność i romantyczne uczucia nie są zarezerwowane wyłącznie dla niego. Nigdy nie byłam w związku z mężczyzną, który w reakcji na moje dążenia do większej wolności nie zerwałby ze mną nagle albo nie nazwał mnie egoistką.

Deklaracja strajkowa. Od kilku lat bronię publicznie tezy, że nawet rzeczy najbardziej intymne z intymnych są polityczne. Czas poszerzyć ją o to, co jest jeszcze intymniejsze od mojej seksualności: moje miłosne marzenia.

Więc przestaję.

Przestaję się wysilać, żeby spełnić oczekiwania mężczyzn, którzy byli, są i będą w moim życiu.

Przestaję nalegać, że zapłacę facetom za drinki na pierwszej randce, ponieważ czuję się winna, że nie chcę pójść z nimi do łóżka. Przestaję się depilować dla tych facetów, żeby ich nie obrzydzić.

Przestaję akceptować to, że moja zmysłowość i ciekawość, a także moja potrzeba codziennej czułości, mogą zostać zaspokojone przez mężczyzn tylko w ramach stosunku genitalnego, który nie interesuje mnie jakoś szczególnie. Przestaję prowadzić z nimi negocjacje: dotyk skóry o skórę za stosunek fallocentryczny.

Przestaję dźwigać ciężar romantycznego uwodzenia (koniec z kupowaniem majtek za 60 euro), zdrowia seksualnego („a ty, przebadałaś się?”), antykoncepcji, erotycznej kreatywności.

Przestaję akceptować fakt, że bycie parą oznacza, że muszę zdusić i zabić pożądanie, jeśli jego obiektem nie jest mężczyzna, z którym żyję.

Przestaję przyjmować na siebie winę za brak ochoty na seks.

Przestaję pozwalać mężczyznom myśleć, że do nich przynależę, fizycznie lub emocjonalnie.

Przestaję wyrzekać się mojej wolności jako jednostki, czy to emocjonalnej, czy seksualnej, w zamian za ich komfort psychiczny.

Przestaję akceptować walkę, w moim własnym domu, o możliwość pracowania nad projektami, które są bliskie mojemu sercu, tak długo, jak tylko chcę. Przestaję negocjować z mężczyznami możliwości robienia tego, co kocham, we własnym tempie.

Przestaję akceptować to, że jestem nazywana „egoistką”, „trudną kobietą”, „niezdolną do dzielenia się”, ponieważ projekt miłość oraz macierzyństwo to nie są jedyne cele w moim życiu.

Przestaję dźwigać samodzielnie bagaż emocjonalny pary i rekompensować własną pracą – lekturą, podcastami na temat porozumienia bez przemocy itp. – brak wiedzy u mężczyzn na temat rozpoznawania i wyrażania swoich emocji. 

Przestaję wpadać po uszy w toksyczne schematy zależności emocjonalnej**, która sprawia, że nie czuję się doceniana, jeśli nie jestem pożerana pełnym miłości lub pożądania wzrokiem mężczyzny. 

Tak naprawdę przestaję nie odważać się być naprawdę sobą.

Powtarzam: przestaję lepiej lub gorzej starać się być inną po to, żeby mnie szanowano i rozważano stworzenie ze mną związku.

Przestaję zachowywać moje marzenia, złość i intymne dążenia tylko dla siebie, żeby nikogo nie obrazić albo nie stanowić zagrożenia.

Przestaję się hamować, żeby nie wyjść na brudną sukę; kobietę, którą można brutalnie zignorować, potraktować lekceważeniem, obelgami i groźbami.

Przestaję poświęcać spontanicznie całą moją uwagę, pewność siebie, empatię, czas, wiedzę, akceptując, że w zamian dostaję niewiele.

Przestaję akceptować sytuacje, które mi nie odpowiadają, po to tylko, żeby postąpić właściwie i odnieść sukces w projekcie heteronormatywnej miłości. 

Przestaję trywializować wysiłki, które podejmuję, żeby być włączona w życie mężczyzn. Przestaję postrzegać je jako normę, wmawiając sobie, że muszę kompensować fakt, że jestem kobietą, która kocha miłość i w dodatku jest feministką. 

W skrócie: przestaję zawężać moje wizje miłości do schematów tak ograniczających i przestarzałych, jak heteronormatywna para.

Nie przestaję umawiać się z mężczyznami, nie przestaję nagle ich kochać lub pożądać, ale decyduję się porzucić wszelkie wysiłki w momencie, w którym zdam sobie sprawę, że to, jaka jestem, stanowi problem, że oczekują ode mnie zmiany, że daję więcej niż dostaję w zamian.
Rozpoczynam strajk natychmiast. Nie wiem, kiedy się zakończy. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi: politycznego lesbijstwa, heteroanarchizmu, celibatu, poliamorii? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że będzie pięknie.

A wy? W jakim punkcie relacji z heteroseksualnością jesteście?

* Mówiąc mężczyźni, mam na myśli mężczyzn cis i heteroseksualnych.

** Przeczytam raz jeszcze, co na ten temat piszą Liv Strömquist, Manon Garcia i Peggy Sastre.

1 dzień strajku 

Po poście na Instagramie, w którym zadeklarowałam strajk, przypuścili na mnie atak maskuliniści. Zostawili mnóstwo emoji z medalem (to forma cyberstalkingu, której ofiarą stają się „najgorsi lewacy Francji”) i dość brutalne komentarze. Tematy, które pojawiały się w nich najczęściej to:

  • „a kogo obchodzi twoje życie” / „Instagram to nie miejsce na terapię”
  • „a w ogóle to jesteś brzydka, wszyscy mają cię gdzieś, budzisz tylko obrzydzenie”
  • „jesteś zwyrodniała, bardzo dobrze, że się nie rozmnażasz, dzięki temu twój gatunek wyginie”

Pojawiło się też trochę protekcjonalnego mansplainingu:

  • „bądź lepszą osobą, będziesz miała lepszych facetów” / „strajk to przerwanie czegoś, ty niczego nie przerywasz” 

Odkryłam, że najtrudniej jest mi pozostawić bez odpowiedzi ten ostatni komentarz, w którym ktoś tłumaczy mi słowa, jakich używam. Bo słowa są dla mnie ważne. I to jest strajk, ponieważ chcę renegocjować warunki moich związków heteroseksualnych. Mam nadzieję, że któregoś dnia przestanę strajkować! Mam ogromną nadzieję, że uda mi się osiągnąć porozumienie, po kilku miesiącach czy latach, i wypracować z inną osobą satysfakcjonujące warunki, w ramach których mogę kochać i być wolna, dawać wszystko, co mam do dania w miłości, nie odcinając się od własnych nadziei oraz przekonań intelektualnych i politycznych. 

Wśród komentarzy z maskulinistycznego ataku były również flagi Francji z czarnymi piorunami i czaszkami. Oraz tęczowe flagi z zakazami wjazdu. Zablokowanie wszystkich autorów zajęło mi trochę czasu.

2 dzień strajku

Zdałam sobie sprawę, że mój tekst i fakt, że go upubliczniłam, zranił osoby, które kochałam. Obwiniam się za to. Mój polityczny głos czerpie z mojego prywatnego życia już od pięciu lat; można mnie obejrzeć online nagą i podczas orgazmu. W okresie, w którym występowałam, był to dla mnie sposób na odzyskanie wolności i dumy z faktu, że jestem pożądana i wolna, oraz na zachęcenie kobiet do niewstydzenia się swoich pragnień oraz seksualności. Uczynienie mojej seksualnej i emocjonalnej intymności tematem politycznym stało się główną siłą napędową mojego życia. To swego rodzaju supermoc, która pomaga mi przejść przez wiele gównianych sytuacji. Wysublimowanie najtrudniejszych momentów poprzez pisanie tekstów i tworzenie filmów to najlepszy sposób, jaki znalazłam, na poradzenie sobie z moją nadwrażliwością – która wyraża się bardzo silnie w relacjach z mężczyznami. Żeby przejść przez emocjonalne burze, próbuję przemienić ból w coś sensownego, co pociągnie za sobą zmianę – tak podpowiada mi instynkt. Ale kiedy zdałam sobie sprawę, że zraniłam osoby, które kochałam… było mi bardzo głupio. Proszę je o wybaczenie.

3 dzień strajku

Próbowałam poznać nowe osoby. Zarejestrowałam się ponownie w apkach do randkowania. Moja pierwsza obserwacja: nie byłam w stanie lajkować kobiet, a przynajmniej nie ot tak, na podstawie zdjęcia i emoji w apce. Byłoby mi łatwiej przy prawdziwym spotkaniu. Może. W każdym razie to jeszcze nie moment na polityczne lesbijstwo! Trochę trudno mi było, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem aż tak zakorzeniona w mojej heteroseksualności, ale zaakceptowałam fakt, że tak właśnie jest (przynajmniej na teraz?).

Randki z facetami również nie były proste. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, jak wielu rzeczy musiałam zaprzestać z powodu strajku. W jakiej odległości od mojego domu może się odbyć randka? Czy mam obstawać przy konkretnym dniu spotkania? To może głupie kwestie, ale naprawdę mnie martwiły. Każde spotkanie wymaga wyjścia naprzeciw drugiej osobie. Oznacza to wysiłek i kompromisy. Nie mogę żądać od osoby, której nie znam, żeby wykonała „całą pracę”. Byłam naprawdę skołowana. Rozjaśniło mi się w głowie dopiero po całej nocy rozmyślań. Zdałam sobie sprawę, że powinnam trzymać się oryginalnego tekstu, który opublikowałam 12 marca i który potem lekko przeredagowałam.

Zrozumiałam, że strajkuję bardziej przeciwko heteronormatywności niż heteroseksualności. Próbuję renegocjować warunki moich związków heteroseksualnych. Strajkuję, żeby zmusić nas (a najpierw siebie) do stawiania sobie pytania, dlaczego nasza orientacja seksualna sprawia, że akceptujemy archaiczne formy dominacji nad naszym ciałem i libido w związkach. Jest to również forma wyzysku naszych umiejętności opieki, empatii, czasu, pomysłów, delikatności… Tak naprawdę mój strajk to odmowa narzucania heteronormatywności moim relacjom romantycznym pod pretekstem mojej heteroseksualności.

Zdecydowałam więc, że nie będę dodawać ograniczeń w sytuacji, która już jest dla mnie skomplikowana (kiedy zaczynasz strajkować, to znaczy, że cierpisz z powodu swojego położenia!), posłuchałam instynktu i wyszłam drugiej osobie naprzeciw, nie martwiąc się zbytnio o logistykę. Ale też nie robiąc rzeczy, na które nie miałam ochoty.

10 dzień strajku

Na początku szło dobrze. Tekst o strajku doprowadził do interesujących rozmów przy pierwszym spotkaniu, a fakt, że naprawdę trzymam się swojej zasady maksymalnej transparentności na temat tego, kim jestem, bez obaw, że wystraszę drugą osobę, wytworzył świetną, nową dynamikę.

19 dzień strajku

A potem bardzo szybko wszystko stanęło. Poszło o wolność seksualną i emocjonalną. 

Zaakceptowanie tego to ogromne wyzwanie dla każdego, kto wchodzi bądź wchodził ze mną w intymne relacje. Rozmawiałam o tym przez telefon z moim byłym mężem. Rozstaliśmy się, kiedy próbowaliśmy otworzyć naszą relację, i mieliśmy kochanków poza związkiem. Byliśmy bardzo zakochani, ale nie zgadzaliśmy się w wielu życiowych kwestiach (Paryż czy wyjazd, dzieci czy nie). Powiedział mi, że jeśli ktokolwiek zaakceptowałby taką „ofertę” seksualnej wolności, oznaczałoby to, że coś w związku zgrzyta. Zaskoczyło mnie to, zważywszy na historię naszej relacji. Nie zgadzam się z nim, ale rozumiem doskonale, co chciał mi powiedzieć. Kiedy wchodzisz z kimś w intymną relację, chcesz kokonu, bańki seksu i wyłaniających się uczuć – ja na pewno tak mam. Potrzeba otwarcia przychodzi później. Ale jak zacząć związek z nadzieją, że się uda, nie podejmując tak ważnego tematu, jakim jest wolność do czerpania radości z własnego ciała? Nie mam na to odpowiedzi. Obawiam się tylko, że to, czego potrzebuję, co sobie wyobrażam i o stworzeniu czego marzę, zderzy się z twardym murem rzeczywistości raz po raz. Rzeczywistości naszej edukacji emocjonalnej, tak dziewcząt, jak i chłopców. Bardzo trudno jest rozmontować kulturę wyłączności. To trudne przede wszystkim dla mnie, bo bardzo szybko robię się zazdrosna, jeśli nie czuję się wystarczająco pewnie w związku… Ale jestem gotowa nad tym popracować.

20 dzień strajku 

Wchodzę w nową fazę refleksji. Obawiam się, że proszenie osoby, która jest do nas przywiązana, albo osoby, która już nas kocha całym sercem, o zaakceptowanie faktu, że nasze szczęście emocjonalne nie polega WYŁĄCZNIE na niej, to bardzo dużo. Tak naprawdę chcę, żeby moje szczęście uszczęśliwiało mojego partnera, a jego szczęście uszczęśliwiało mnie, nawet jeśli to szczęście wychodzi poza ramy pary, którą tworzymy. Jeśli domagam się takiej wolności na początku związku – lub nagle w trakcie długiej relacji – wymagam od nas przejścia niemal natychmiast do kompersji, którą bardzo dobrze wyjaśnia Charlie w filmie na temat poliamorii (w moim story na temat strajku). Kompersja to zdolność do odczuwania radości ze szczęścia osoby, którą kochamy. Nie pojawia się od razu. 

I kiedy proszę o zaakceptowanie mojej wolności osobę, która nie przemyślała dobrze tego tematu, proszę ją również o wykonanie dużej pracy na ten temat i do zaufania mi w bardzo szerokim zakresie. Proszę, żeby uwierzyła mi, że czerpanie radości z mojej wolności nie sprawi, że nie będę wkładać całej miłości i energii w główny związek, który chcę stworzyć. Że nie będę mniej lojalna. Zdaję sobie sprawę, że ciężko w to uwierzyć.

Uświadamiam sobie również, że niezwykle trudno jest próbować być w pełni, radykalnie sobą. W każdym wypadku wokół pojawia się pustka. Robi się samotnie. Czuję się tak, jakbym uszczęśliwiona zapaliła skwierczącą świeczkę i chwilę potem znalazła się na środku pola popiołu.

Ta pustka jest dla mnie trudna, bo kocham kochać i dawać oraz kocham być kochana. Dlatego zastanawiam się: jaka ścieżka pozwoli mi być sobą, być kochaną, kochać i być szczęśliwą? W tej chwili od osób, którym opowiadam o strajku i moich nadziejach, słyszę, że jest to bardzo nierealistyczne. Nie można mieć wszystkiego. Wątpię.

21 dzień strajku

Te pytania sprawiły, że zapragnęłam stworzyć etykę związku romantycznego. Taką, która byłyby dla mnie oczywiście bardzo osobista. Na razie zadałam sobie pytania.

  • Jak mogę nie poświęcić mojej wolności i aspiracji, dbając o tych, których kocham?
  • Jak zbudować bezpieczną relację dla obojga, nie rezygnując z wolności każdej z osób?
  • Jak mogę ze spokojem przyjąć decentralizację mojego życia emocjonalnego? To znaczy: jak wyjaśnić, że nie chcę stawiać tylko na jedną osobę (w sprawach seksu, żartów, rozmów o feminizmie, rodzicielstwa, hobby itp.)? Ale że równocześnie nie chcę poddawać w wątpliwość wagi, jaką ma związek dla mnie?

Wypisałam również kilka kluczowych kwestii, które wydają mi się być podstawą romantycznego związku, w jakim chciałabym być:

  • Nauczyć się rozumieć samą siebie, żeby znać swoje potrzeby i ograniczenia.
  • Uznawać, że ograniczenia każdej z osób partnerskich są zmienne. To, co jest w porządku dzisiaj, może nie być w porządku jutro, i odwrotnie.
  • Nauczyć się słuchać drugiej osoby, nawet jeśli to, czym się dzieli, jest niewygodne i próbuje odbić się od powierzchni mózgu.
  • Nauczyć się jasno wyrażać swoje oczekiwania i emocje wobec osoby w związku, nawet jeśli oznacza to powtarzanie tego samego wielokrotnie, na różne sposoby.
  • Być zdolną do bezwzględnej lojalności w związku.
  • Być zdolną do związku, który będzie musiał być regularnie redefiniowany, zgodnie ze zmianami potrzeb i ograniczeń każdej z osób.
  • Zamiast dostosowywać się do ustalonego społecznie schematu, chcieć wyobrażać sobie razem wyjątkowy związek, spersonalizowaną romantyczną relację, i mieć odwagę na wielką kreatywność.
  • Kultywować radykalną transparentność na temat tego, co się w nas dzieje (chyba że istnieje obopólna umowa dotycząca tego, czego druga osoba nie chce o nas wiedzieć).
  • Zakazać wszelkich relacji władzy lub siłowania się w związku.
  • Zaoferować swoją wrażliwość jako największy prezent i zdać sobie sprawę, że stanowi ona ogromną siłę.
  • Pamiętać, że nasze reakcje i emocje należą zawsze do nas; nie pociągać drugiej osoby do odpowiedzialności, nie winić jej.
  • Akceptować fakt, że im mocniej kogoś kochamy, tym większe jest ryzyko zranienia. I bać się mniej; postrzegać cierpienie jako znak, że doświadczyliśmy czegoś mocnego i pięknego. Cierpienie nas zmienia i popycha do przodu, nie jest czymś negatywnym. Ma swoją wartość.
  • Znać swoje lęki i rozumieć, w jakim aspekcie są ograniczające. Nie ukrywać ich pod płaszczykiem zasad, nie pozwolić, żeby przeszkadzały nam żyć. Akceptować je, żeby móc je wyrazić, i wyobrazić sobie powolne ich pokonywanie.
  • Wyobrażać sobie, że można ewoluować razem z inną osobą, a nawet sobie tego życzyć!
  • Mieć odwagę być sobą, nawet jeśli oznacza to utratę drugiej osoby.
  • Mieć odwagę nie chcieć stracić drugiej osoby i zaprzęgnąć kreatywność w służbę wspólnej wizji romantycznego związku. Wiedzieć, jak bezustannie odtwarzać relację.
  • Wyjść poza binarność „razem albo osobno”. Możemy kochać się na wiele sposobów, z seksem i bez, jako para lub poza związkiem. Zmiana więzi opartych na miłości i szacunku, od romantycznych związków po inne, bez dramatyzmu, sprawiłaby, że nasze serca miałyby mniej blizn. Jeśli kochamy się jednego dnia, możemy się kochać dalej, tylko z innymi parametrami. Czy może to znowu mój niezrozumiały idealizm?

A wy? Jak wyglądałaby wasza etyka miłości?

53 dzień strajku

Mam mało czasu dla siebie, więc majowy wpis strajkowy składa się z krótkich przemyśleń, którymi chciałam się podzielić. Piszę w nich dużo o romantycznych związkach, ponieważ pogoda była piękna, a to sprawiło, że zachciało mi się obściskiwać na plaży, być zakochaną i kochać się, a te proste pragnienia są w rzeczywistości bardzo skomplikowane. Ten intensywny okres sprawia, że przechodzę sentymentalny reset. Cierpliwości.

Lekkość. Wiążemy lekkość w miłości z łatwością, z czymś, czego nie trzeba robić i dawać drugiej osobie. Uważam, że jest zupełnie odwrotnie. Żeby osiągnąć lekkość, potrzeba dużo powagi. Trzeba dbać o drugą osobę i jej uczucia. Dopiero kiedy zbudujemy zaufanie, kiedy uda nam się wypracować uczciwy i szczery sposób komunikowania się, położyć stabilne fundamenty pod wzajemne zrozumienie, możemy w końcu poczuć się lekko.

Władza. Zawsze byłam niezwykle świadoma swojej pozycji jako kobiety w romantycznych związkach i kiedy byłam młodsza ze wszystkich sił starałam się jej przeciwstawić, próbując odwrócić stosunek władzy między mną a mężczyznami, z którymi byłam w relacji. To wyrażało się w dość brzydki sposób, ponieważ często zdarzało mi się kończyć w związku opartym właśnie na władzy. Co było niesatysfakcjonujące, ponieważ nie byłam w nim sobą – ja nie chcę nikogo dominować. Chcę, żeby moje relacje były bezpieczne i egalitarne. Od kilku lat stosuję inną strategię: szczerość. Mówienie bez ogródek o tym, czego chcemy, na co mamy nadzieję, co nas boli, co nas przeraża, skutecznie niweluje stosunek władzy i siły. Oczywiście wszystko zależy od tego, na kogo trafimy. Zdarzało się, że moi byli kochankowie wykorzystywali w bardzo mocny i zły sposób moje słabości, którymi się z nimi podzieliłam. Mimo wszystko pozostaję w tym punkcie niewzruszona. I pewna siebie! Głęboko wierzę, że radykalna transparentność i zaufanie to supermoce w związku.

W oczach mężczyzn. Dochodzę do momentu, w którym męski wzrok na moim ciele nie sprawia, że zakochuję się w sobie. Kiedy coś nie podoba mi się w moim ciele, pojawia się stary nawyk szukania potwierdzenia u facetów. Ale to już nie działa. Liczy się tylko mój wzrok. Zawsze tak było, ale teraz stało się to dla mnie jasne. Więc patrzę na siebie. Robię sobie zdjęcia. Czasami robię makijaż. Kupiłam trochę ubrań. Flirtuję ze sobą. No co! To miłe.

Decentralizacja emocjonalna. Kiedy nachodzi mnie melancholia, mówię sobie, że brakuje mi dzielenia życia z kimś, kogo kocham. Picia wina, rozmów do późna, radości ze światła pod koniec dnia – tego wszystkiego. A potem zdaję sobie sprawę, że pragnienie dzielenia codzienności z kimś nie ma nic wspólnego z romantyczną miłością, że byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym dzieliła to wszystko z osobą znajomą czy grupą kobiet. Kontynuuję pracę nad decentralizacją moich emocjonalnych potrzeb, a jest jej sporo; mnóstwo schematów i oczekiwań, które trzeba wygładzić.

Kompersja. Eksploruję pomysł pożądania, a nawet kochania mężczyzn bez konieczności wchodzenia w romantyczne relacje. Pożądanie lub kochanie z daleka w jakimś sensie. Myślę, że może mi to przynieść dużo radości. W każdym razie na pewno więcej niż niewyważona dynamika związku.

Opieka. Na początku strajku mocno zdenerwował mnie fakt, że w relacjach z mężczyznami byłam bardzo „opiekuńcza”. Opiekowałam się ich zdrowiem, nalegając, żeby umówili się na wizytę lekarską, kiedy zwijali się z bólu. Naszą relacją, wyobrażając sobie rzeczy do zrobienia dla nas obojga. Naszą seksualnością, będąc tą, która sugeruje ścieżki do wspólnej eksploracji. Na początku strajku byłam naprawdę zła, że dawałam z siebie aż tyle. A teraz, po kilku tygodniach, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę uwielbiam dawać. Uwielbiam się opiekować, zajmować osobami, które kocham, uwielbiam być pomysłowa i szczodra w relacjach. Muszę „tylko” dawać to wszystko odpowiednim osobom lub dawać bez oczekiwań, żeby czuć radość z obdarowywania kogoś miłością. Jest tu trochę pracy.

Ale w końcu to jest strajk. Ciężko pracuję nad samą sobą!

58 dzień strajku

Żeby zagadać w apkach randkowych, faceci pytają mnie systematycznie, co robię na Tinderze/Bumble/OkCupid, czy zakończyłam strajk. Nie. Absolutnie nie. Strajkuję przeciwko heteroseksualności jako konstrukcie społecznym i reżimie politycznym, czyli strajkuję przeciwko heteronormatywności; nie oznacza to, że strajkuję przeciwko seksowi. Poza tym pieprzę się częściej niż kiedyś. A czasem nawet kocham się bardzo emocjonalnie. Nadzy mężczyźni, których trzymam w ramionach i pieszczę, są wzruszający, mam dla nich dużo czułości.

No a do tego dochodzi ta liczba: dzisiaj zdałam sobie sprawę, że miałam 69 partnerów seksualnych. Tak, liczę ich i robię to z rozkoszą. Od mojej pierwszej miłości, kiedy miałam 15 lat, moje ciało spotkało – albo „zapoznało”, jak się mówiło w XVIII w. – 69 ciał.

69! Uważam, że to powód do świętowania.

I świętować również trzeba to, że mogę swobodnie okazywać głupią radość z faktu, że miałam 69 seksualnych zbliżeń, nie martwiąc się, jak to wpłynie na mężczyznę, który byłby w moim życiu w tym momencie. Nie musząc zastanawiać się, czy go to zawstydzi, zasmuci, zrani, postawi w niekomfortowej sytuacji. Nie jestem ani dumna, ani niedumna z tej liczby, jestem po prostu szczęśliwa, że czuję się wolna i mogę rozmyślać w tę pochmurną niedzielę o tych wszystkich ciałach, które znałam, i o przyjemności, którą czasami, często, odczuwaliśmy razem.

Ta liczba, 69, pokazana ot tak, z lekkością, to dla mnie prawdziwy strajk przeciwko heteronormatywności.

114 dzień strajku

Strajk prawdziwy czy fałszywy?

„Jeśli sypiasz z mężczyznami, kochana, nie strajkujesz przeciwko niczemu!”, „Zostań lesbijką i zostaw nas w spokoju!”. Niedawno garstka kobiet, które identyfikują się jako lesbijki, zostawiła pełne irytacji komentarze pod moim starym postem strajkowym. Te zbytnio poufałe lub zbyt brutalne sposoby zwracania się do mnie zaczynają mnie męczyć i blokuję autorów. Ale… rozumiem te kobiety. W jakimś sensie mają rację: byłoby dużo prościej zbojkotować od razu penisy i cismężczyzn.

Wybrałam zdecydowanie bardziej krętą ścieżkę niż drastyczne odrzucenie mężczyzn: renegocjowanie mojej relacji z nimi. Ale żeby takie negocjacje mogły mieć miejsce, trzeba mieć co raportować! To właśnie w tym kontekście relacji seksualnych i emocjonalnych, które mam z mężczyznami, próbuję aktywnie wymyślić wspólnie na nowo styl miłości, który mi pasuje. Jest to droga, w której moje pożądanie, miłość, pragnienie opieki nad drugą osobą mogą harmonijnie współistnieć z moją potrzebą wolności, szacunku, akceptacji tego, kim jestem.

To ambitny plan, a jeśli mój strajk, z daleka, może się niektórym wydawać całkiem wygodny, od razu mogę powiedzieć, że renegocjowanie nie jest proste. Czasami jest, szczerze mówiąc, bolesne. Dziś wieczorem na przykład mam bardziej ochotę na palenie opon przed fabryką, która wytwarza format patriarchalnej miłości.

Opowiem wam coś.

Czym jest relacja, która jest warta swojej nazwy?

Kilka dni temu jeden z mężczyzn, z którymi umawiałam się regularnie przez ostatnie trzy miesiące, zakończył naszą relację. Zrobił to przez WhatsApp, chociaż mieszkamy kilka kilometrów od siebie. A tak tłumaczył powód nagłego zdystansowania się:

„Musisz wiedzieć, jak wziąć odpowiedzialność za to, czym chcesz, żeby «to» było” (to = nasza relacja, nienazwana).

Potem, wciąż na temat naszego związku, powiedział: „Dla mnie jest jasne, że musimy zakończyć to «udawanie»”.

To, co ten mężczyzna nazwał „udawaniem”, składało się z długich spotkań, raz lub kilka razy w tygodniu, przez kilka miesięcy, z ostryg o zachodzie słońca, pływania na bretońskich plażach, długich rozmów, w trakcie których powiedział mi rzeczy, o których – jak twierdził – nie opowiadał nikomu. Cieszył się, że miałam czas, żeby go wysłuchać. To była relacja, na którą składała się również fizyczna intymność, seks bez zabezpieczeń (ale bezpieczny), czuły i regularny.

Wszystko to podsumowane przez: „udawanie”. Pogarda, jaką usłyszałam w tych słowach, sprawiła, że krew zadudniła mi w skroniach. Czym w takim razie jest relacja, która zasługuje na to miano, według tego mężczyzny (i wielu innych)? Czy jest nim ten rodzaj relacji hetero, w której chodzi tylko o oferowanie, przez kobiety, wyłączności do naszych organów płciowych, w nadziei na to, że mężczyzna w związku – jeśli będziemy ostrożne i niezbyt wymagające w ciągu kilku pierwszych miesięcy – zgodzi się stworzyć z nami parę… w której to na nas spadnie większość domowego ciężaru? Przecież to nie relacja, to umowa dla głupców! Przy większym popycie kobiet na miłość niż podaży mężczyzn oraz w związku z faktem, że kobiety są nauczone przykładać większą wagę niż mężczyźni do udanego życia miłosnego i emocjonalnego, dynamika randkowania hetero jest niewyważona. Sprawia, że kobiety znajdują się w pozycji proszących, a mężczyźni w pozycji posiadających władzę. Mają moc wyboru, a nawet odrzucenia. Takie fundamenty są niesprawiedliwe, żeby nie powiedzieć podłe. Ale czy taka relacja byłaby godna swojej nazwy, godna szacunku?

Cóż: Nie. Dla. Mnie.

Strajkuję dalej!

Zabójczy szczegół

Zostawiłam patriarchalny szacunek za sobą już jakiś temu. Czuję się dobrze na tej Dziwkarskiej Ziemi i mam zamiar tu zostać, dziękuję. Z mojego terytorium kobiety, której nie zawsze okazuje się szacunek, będę nadal próbować tworzyć wyjątkowe relacje miłosne. Wolne. Pełne empatii. W których więź emocjonalna, zaufanie, słuchanie będą najważniejszymi wartościami. I tak jak doradził mi ten mężczyzna, opuszczając moje życie, „wezmę za to odpowiedzialność”. Czyli założę, że ten strajk przyniesie mi czasem, oprócz odrzucenia miłosnego, pogardę.

Mogłabym zakończyć tę historię w tym miejscu, ale jest jeszcze jeden szczegół: powód rozstania. To zabójczy szczegół, ponieważ jest tak intymny, jak polityczny. Chodzi o obciążenie seksualne.

Po kilku miesiącach randkowania sformułowałam wobec tego mężczyzny dwie prośby, żeby mniej spraw w naszym związku pozostawało tylko na moich barkach. Pierwsza, raczej anegdotyczna: żebyśmy organizowali lepiej czas na spotkania. Druga, ważniejsza: żebyśmy pilnowali razem momentów, w których seks jest bezpieczny, ponieważ nie stosuję już środków antykoncepcyjnych. Więc poprosiłam, żebyśmy podzielili się ciężarem związku (planowanie wspólnych chwil) i ciężarem seksualnym (przemyślenie antykoncepcji).

No i… to było za dużo. Wysłał mi wiadomość. Płodność to moja intymność, więc to moja sprawa.

I tyle. Nie poddałam się. A resztę już znacie.

Więc tak, sypiam z facetami. I czasami kocham ich nawet. I to prawda, że mój strajk jest w znacznej mierze lekki. Nie całuję się z nimi, ściskając w ręku koktajle Mołotowa. A przy przeszkodach próbuję się komunikować, żeby przeprowadzić kochanków na swój teren. Ale ani na moment nie odstępuję od moich zasad strajku przeciwko heteronormatywności: moje ciało należy tylko do mnie. I nie będę już dłużej w milczeniu dźwigać całego ciężaru seksualnego i emocjonalnego relacji.

Tyle.

119 dzień strajku

„Bez zobowiązań”

Te słowa pojawiają się najczęściej, kiedy przeglądam profile hetero cismężczyzn na Tinderze. Są jak litania, męskie życzenie intonowane bez końca. Ponad połowa mężczyzn, którzy coś umieszczają pod swoim zdjęciem, pisze, że chce „randek bez zobowiązań”.

Kiedy przesuwam palcem w lewo i widzę to wyrażenie raz po raz, czuję się, jakbym dotykała miłosnej konstrukcji tych mężczyzn. Czerwona, atłasowa kurtyna rozchyla się i moim oczom ukazuje się zamek z ich romantycznymi ideałami. Ci mężczyźni czekają na coś oczywistego. „Bez zobowiązań” to nadzieja, że kobieta będzie się z nimi zgadzać, że zrozumieją się wzajemnie bez słów, bez rozmów i negocjowania, że wszystko się zadzieje ot tak. Kto by nie chciał bezproblemowych relacji i łatwej komunikacji? Ja też marzę o prostocie! Ale… wiem, że ma swoją cenę. Wymaga otwartości na innych, wzajemnego słuchania się, emocjonalnej odwagi i odwagi do pokazania swojej bezbronności.

Naiwność czy lenistwo?

Uważam, że to naiwność ze strony tych dziarskich 30-, 40-letnich facetów, poszukujących relacji seksualno-uczuciowych „bez zobowiązań” i bez problemów. Jak można oczekiwać interakcji z innymi ludźmi, a tym bardziej intymności z nimi, w doskonałej harmonii, słodkiej prostocie, bez żadnych zgrzytów? Z kim? Jaka relacja rodzinna, zawodowa lub przyjacielska nie ma momentów napięcia lub niezgody, w świetle których jesteśmy „zobowiązani” do przestawienia się, żeby dalej funkcjonować w harmonii? Czy życie miłosne jest tak niewarte wysiłku w mniemaniu tych mężczyzn?

A może tak naprawdę ten zakaz zobowiązań ukazuje przede wszystkim lenistwo? Tak, ci mężczyźni ustawiają granicę, nie chcą kłótni, uważają bez wątpienia, że życie jest zbyt krótkie, żeby spędzać je na sprzeczaniu się. Ale odmawianie włożenia wysiłku w rozwiązanie najmniejszego konfliktu z partnerką, jeśli jesteś mężczyzną hetero, sprowadza się do tego, że siedzisz z założonymi rękami i pozwalasz kobiecie, z którą dzielisz swoje życie miłosne, na zajęcie się całym związkiem, od A do Z. Żeby zastosować się do zakazu „bólu głowy” ustanawianego przez mężczyznę, kobieta, która z nim jest, będzie musiała wystawiać swoje związkowe anteny i próbować nieustannie (i często nie bez lęku) zrozumieć, dostosować się, często polegając tylko na tym, co niewypowiedziane, domniemane. Kiedy będzie chciała wyrazić potrzebę i żądanie, będzie musiała zastosować tysiące środków ostrożności, żeby nie zaryzykować przekroczenia granicy. W skrócie: poświęci mnóstwo energii – i taktu – zajmując się relacją i, ostatecznie, tym mężczyzną. Co zaszkodzi jej własnym emocjonalnym i osobistym potrzebom. Pewna kobieta, która do mnie napisała po moim ostatnim wpisie, powiedziała, że nazywa mężczyzn z fobią zobowiązań „emocjonalnymi obibokami”. Świetny termin!

Inżynier i pielęgniarka

Uważam, że ten (fałszywy) spokój, do jakiego ci mężczyźni dążą, kosztuje bardzo dużo kobiety, które są z nimi w związku, emocjonalnie. Najnowszy odcinek podcastu Cœur sur la table „l’ingénieur et l’infirmière” (Serce jak na dłoni: inżynier i pielęgniarka) wyjaśnia bezlitośnie, dlaczego ogrom niezauważanej pracy emocjonalnej systematycznie spada na kobiety. Z całego serca wam go polecam. Podsumowując, dodam, że osobiście uważam, że oprócz tego, że zabiera dużo energii, ta dyktatura „braku zobowiązań” rani kobiety. Ponieważ ustanowienie niewypowiedzianego jako podstawy związku sprawia, że komunikacja między dwoma osobami, które dzielą się intymnością, jest pełna lęku… i tworzy toksyczne podłoże relacji dla kobiety, która się w nią angażuje.

120 dzień strajku

Zakochiwanie się: dekonstrukcja

Od zawsze byłam zakochana. Kiedy miałam trzy lata, byłam zakochana w młodym Sebastianie, który miał brązowe włosy przycięte na garnek. Po tym chłopcu alfa zakochiwałam się bez ustanku w szkole, na lekcjach jazdy konnej, na obozach letnich, w liceum. Pamiętam ich imiona: Emmanuel, Zaccharia, Grégoire, Milan, Alexandre, Gauthier, Ludovic, Mehdi, Frédéric… Jednak w przypadku większości z tych chłopców nie rozmawiałam z nimi, patrzyłam tylko na nich ukradkiem. W byciu „zakochaną” chodziło mi przede wszystkich o skrystalizowanie się wszechogarniającego mnie pragnienia zakochania się w postaci oddalonego, niedostępnego chłopaka (najpopularniejszego w klasie, starszego itp.). Ta odległość od obiektu mojej miłości pozwalała mi przenieść na niego absolutnie wszystko. I ponieważ chłopiec był tylko ekranem do mojej projekcji, rezerwowałam sobie również możliwość zakochiwania się tyle razy, ile chciałam (już wtedy wiedziałam, jak być podwójnie zakochaną: w trzeciej klasie kochałam się w Ludovicu w liceum i w Gauthier na lekcjach jazdy konnej)! Potrzebowałam tak naprawdę tylko nośnika (lub dwóch) dla moich marzeń.

Ach co to były za marzenia! Godzinami marzyłam o uczuciu i o czułości, jakiej nigdy wcześniej nie zaznałam. Wieczorami, z okna paryskiego mieszkania na 7. piętrze, szukałam na szaro-granatowym niebie spadających gwiazd, żeby pomyśleć życzenie. Nie widziałam żadnej, ale nie poddawałam się, wciąż miałam życzenia, ciągle te same: po pierwsze nie być młodsza o dwa lata (wstydziłam się mojego młodego wieku, który wyłączał mnie z tematu życia romantycznego mojej klasy), a po drugie, żeby „wszyscy, których kocham, kochali mnie”. W mojej wielkiej mądrości dodawałam: „ale nie za bardzo, żeby nie oszaleli, kiedy dla mnie to już będzie koniec”. Widziałam w domu, do czego to prowadzi: zaborczy mężczyzna, policzkowanie, nie do pozazdroszczenia.

Rozmowy z gwiazdami nie były zbyt skuteczne; poznałam również mężczyzn, którzy dopuszczają się nękania, jeśli nie stawia się ich w centrum uwagi. Ale może spadające gwiazdy nie dały mi zbyt wiele, ponieważ miałam również dzikie miłosne życzenia. Pamiętam jedno z najbardziej pokręconych: byłam w 4. klasie, „bardzo zakochana” w Milanie, miałam 11 lat. Wzniosłam oczy ku niebu i życzyłam sobie z całej siły magicznej mocy, która sprawi, że – kiedy go dotknę – zostaniemy złączeni na zawsze, jak bliźnięta syjamskie 😅

Ale dlaczego? 

Skąd takie dziwne życzenia? Skąd taki ostry przebieg miłosnego rozpalenia? Brak emocjonalny? Może trochę. Ale nie wydaje mi Skąd takie dziwne życzenia? Skąd taki ostry przebieg miłosnego rozpalenia? Brak emocjonalny? Może trochę. Ale nie wydaje mi się, że było mi aż tak smutno i źle. Nudziłam się, chociaż byłam o dwa lata młodsza. Nie była to nuda intelektualna – tak jak inni męczyłam się z zadaniami domowymi. Ale taka ogólna, życiowa. Nudziłam się jak mops. Rutyna w szkole, potem w liceum, przybijały mnie. Lata ciągnęły się, a na horyzoncie nie było nic. W szkole średniej ta sama droga codziennie rano sprawiała, że popadałam w depresję. Wymyślałam sobie mnóstwo tras, składających się z różnych linii metra, kolei miejskiej, autobusów, ścieżek rowerowych, żeby nie czuć tego okropnego połączenia smutku i złości, które we mnie wzbierały w tym powtarzalnym, ograniczonym, obramowanym życiu pod kontrolą. Nienawidziłam dzieciństwa, braku autonomii, monotonii. Potrzebowałam stymulacji, ucieczki, surowca na pobudzenie wyobraźni. Libido grało taką rolę w moim życiu. W miłości miałam coś, o czym mogłam marzyć. W miłości czułam, że żyję.

Bycie zakochaną działało jak „deus ex machina” także w dorosłości. Kiedy nudziłam się w agencji reklamowej, w której zaczęłam pracować w wieku 21 lat, włączał mi się od razu instynkt przetrwania umysłowego: znajdowałam w biurze kogoś, o kim mogłam fantazjować. I hormony zaczynały płynąć w moich żyłach – dopamina, oksytocyna, endorfiny – jak po strzale narkotyku. Życie stawało się znowu zabawne. Jeździłam do agencji na motorze w rajstopach i na obcasach. Robiłam głupie rzeczy, jak kupowanie feromonów online (😅😅), żeby sprawdzić, czy działały i czy uda mi się na nie złapać współpracownika, który sprawiał, że robiło mi się gorąco. Słuchałam Lil’ Kim i Missy Elliott na okrągło. Było fajnie, to była przygoda. (I tak, udało mi się poderwać tego współpracownika, ale nie wyszło nam, zbyt duża presja).

A teraz?

Przez lata moje libido odgrywało ważną rolę w moim życiu. Sprawiało, że dni i miesiące były bardziej ekscytujące, popychało mnie do eksplorowania różnych rzeczy: motocykli, paralotniarstwa, perkusji, muzyki… A przede wszystkim było świetnym paliwem do tworzenia. Po trzydziestce, kiedy zaczęłam już tworzyć reklamy i teledyski, odkryłam Tinder i seksting. Oczywiście zakochałam się w tym czasie w wielu niedostępnych mężczyznach. Zaczęłam robić zdjęcia, filmy, pisać wiersze, rysować, nawet tworzyć piosenki (😅😅😅) dla faceta X, Y czy Z, którego pragnęłam z oddali. Bo tak, X, Y, Z mieszkał w Moskwie, Londynie, Berlinie… I w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że ci dalecy mężczyźni, „mężczyźni ekrany”, stali się nośnikami nie dziecięcych marzeń, lecz twórczości dorosłej kobiety. I przestałam im poświęcać filmiki. Pomyślałam, że zacznę tworzyć porno – ambitne, z użyciem odpowiednich środków, porno kobiece dla innych kobiet. I to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć 🙂

Dzisiaj tworzę porno już od 5 lat i od 5 lat przekierowuję moją energię na pisanie i tworzenie. Od dwudziestu lat kocham mężczyzn, bliskich mi, kochających, z którymi tworzyłam życiowe projekty. 

Moje libido zachowuje się nadal tak, jakbym była dzieckiem. Uruchamia się przy odległych mężczyznach, którzy nie mieszkają tam, gdzie ja, których nie znam za dobrze. Ale teraz, kiedy tak się dzieje, pozwalam, żeby pochłonęło mnie to pragnienie mężczyzny, którego gdzieś spotkałam, u którego dostrzegłam talent, którego wzrok na mnie podziałał. Czerpię z tego haju. A potem odpuszczam. Sam fakt, że poczuję tę wzbierającą falę, w głowie, w łonie, w klatce piersiowej, że potrafię pragnąć i marzyć, jest czymś, w czym się rozsmakowuję, jakbym była już starszą panią.

Przestałam nazywać to „zakochiwaniem się”.

Już nie wysilam się (lub prawie nie!), żeby podbić tych mężczyzn. To pragnienie, powtarzam sobie, jest dla mnie. Kiedy moje libido się uruchamia, daję sobie prezent w postaci fali energii. Tej jakże silnej, pięknej i ważnej energii, którą próbuję przekazać w moich filmach i projektach dźwiękowych.
Jeśli w ogóle w kimkolwiek „zakochuję się” w takich momentach, to w sobie samej 🙂

161 dzień strajku

W telewizji

Nie zdarzało mi się to już od dawna. W ciągu ostatnich kilku tygodni pozwalałam sobie na oglądanie rzeczy, które nie są zbytnio stymulujące intelektualnie. Obejrzałam Too Hot To Handle na Netfliksie. Najpierw wersję brytyjską, potem brazylijską, która jest lepsza – od pierwszej godziny jest seks, a mężczyźni gorzko płaczą. Chciałam zobaczyć ludzi, którzy próbują „zakochać się” pod czujnym okiem kamer. To, co mnie uderzyło, to fakt, jak w dwóch różnych kulturowo sezonach Too Hot To Handle ludzie próbowali mierzyć swój stan zakochania.

Etap pierwszy: Czy moje serce bije szybciej, kiedy ta osoba wchodzi do pokoju/idzie za mną? To bardzo ważne kryterium wskazuje, że stan miłosny nie powstaje wskutek decyzji, czyli jest doświadczany, więc „pożądanie” musi być obecne.

Etap drugi: Czy obiektywne elementy sprawiają, że wierzę, że jest to osoba dla mnie? Czy będę w stanie stworzyć marzenia o byciu w parze na podstawie tego, co daje mi ta osoba (śmiejemy się z tych samych żartów, lubimy pływać itp.)?

Pierwszy etap, czyli tachykardia lub jej brak jako miłosny sygnał, sprawił, że zaczęłam się śmiać. Jeśli o mnie chodzi, oczywiście odbieram takie sygnały, kiedy kogoś lubię, ale tłumaczę je bardziej lękiem społecznym niż oznaką, że seks z taką osobą byłby dobry lub że właśnie znajduje się przy mnie osoba do romantycznego związku, która potencjalnie do mnie pasuje.

Drugi etap sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad moimi własnymi mechanizmami w miłości. Bo chodzi o to, co projektujemy – na podstawie skąpych danych – na kogoś, kogo dobrze nie znamy. Ten proces został pokazany w ekstremalnej postaci w Drugi etap sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad moimi własnymi mechanizmami w miłości. Bo chodzi o to, co projektujemy – na podstawie skąpych danych – na kogoś, kogo dobrze nie znamy. Ten proces został pokazany w ekstremalnej postaci w programie, który obejrzałam na Netfliksie z przerażeniem i zachwytem jednocześnie: Are You The One? To połączenie Married at First Sight i Loft. 20 osób musi znaleźć swoją drugą połówkę, która została „naukowo” wybrana wcześniej przez algorytm. Już na samym początku, w ciągu pierwszych piętnastu minut, tworzy się jedna para, ponieważ facet ma tatuaż z Labiryntu fauna, który kobieta od razu rozpoznaje. Z takim wspólnym benchmarkiem odpala się silnik projekcji i potem przy pocałunku są na 100% przekonani, że zostali dla siebie stworzeni. Oczywiście to jest kreskówkowe i trochę śmieszne, zwłaszcza że niedługo potem kobieta wyrywa drugiej włosy po jakiejś aferze łóżkowej. Ale wciąż mówi to coś o tym, co się dzieje w naszych głowach, kiedy się zakochujemy.

Jeśli chodzi o mnie, muszę przyznać, że przy każdej randce coś sobie dopowiadam. To nigdy nie jest ta sama historia, każda osoba inspiruje mnie wyjątkowym marzeniem lub nadzieją. Przy jednej wyobrażam sobie, że przez długi czas jestem kochanką, ale nie mieszkamy razem, przy innej, że budzimy się w tym samym łóżku, a jeszcze przy innej – że wyjeżdżamy razem w długą podróż. To są różne fikcyjne historie, ponieważ ich bohaterowie nie mają ze sobą nic wspólnego. To miłosna beletrystyka, projekcje, które tworzę. A jeśli osoba nie inspiruje mnie do nich… nie dzieje się nic.

Pod koniec lipca miałam bardzo piękną randkę. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać różne rzeczy, on także. To był facet, który w momencie spotkania doskonale wiedział, o czym piszę i jakie jest moje stanowisko. Moje projekcje: oczytany, inteligentny i kulturalny mężczyzna, który rozumie feminizm i moje wartości. To ktoś, z kim mogę (kto wie?) nawiązać zrównoważoną, partnerską relację na fundamentach, które opisywałam w moim dzienniku strajkowym przez ostatnie miesiące.

Randkowaliśmy krótko, ale był to intensywny okres. W trakcie jednej z rozmów powiedział mi o swoich znajomych, którzy „weszli w poważne związki po tym, jak już się wyszaleli”. Zapytałam o jego wizję miłosnej podróży i powiedział, że dla niego nieustatkowanie się w poważnym związku, nierezygnowanie z wielości partnerów seksualnych od pewnego wieku jest „opóźnieniem emocjonalnym”. Tadam. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo wychodziłam z założenia, że skoro przeczytał mój dziennik strajkowy, byliśmy zgodni co do tego, czego w nim bronię, a w szczególności prawa do czerpania radości z mojego ciała, z kim chcę, nawet jeśli będę w uprzywilejowanym związku z mężczyzną. Jednak nie. On ma swoją własną historię, otoczenie, rzeczywistość, które są daleko od moich wyobrażeń. To, co przyjęłam za pewnik, to niewypowiedziane przyzwolenie, że relacja może być piękna i silna, ale niekoniecznie oparta na wyłączności seksualnej, było tak naprawdę oparte na chimerach, historii, którą opowiedziałam sobie w głowie.

To jedna z wielu projekcji, których bez wątpienia nie miałam czasu zidentyfikować. Czasem jest mi trudno skupić się na małych częściach rzeczywistości, autentyczności, którą jestem skłonna zauważyć, i tylko na tym. Kiedy relacja się kończy, zostaje ze mną jedno słowo: szkoda. „Szkoda” to znak, że żałuję bardziej tego, co mogłoby się wydarzyć, co sobie wyobraziłam i zaplanowałam, niż tego, co się faktycznie wydarzyło.

Zatracenie

Jest stan, który coraz trudniej jest mi osiągnąć w miarę upływu mojego strajku przeciwko heteronormatywności. To stan odpuszczenia, zatracenia się.

Zdaję sobie z tego sprawę, ponieważ, w bardzo prozaiczny sposób, jest mi coraz trudniej szczytować w czyichś objęciach. Kiedy jestem sama, to nie problem. W parze dobrze się bawię, ale powstrzymuję się, jakbym nie mogła puścić się krawędzi.

Czasami przybiera to formę walki pomiędzy moim mózgiem a łechtaczką. Gdybym się posłuchała, zakryłabym sobie głowę poduszką i pogrążyła się w ciemności, żeby uciec w stronę uczuć i w końcu dojść… Ale potem mówię sobie, że wcale NIE muszę szczytować. Istnieje moment, w którym ta faza nizinna omija orgazm i przechodzi wprost do rozwiązania. Uspokajam się i zasypiam.

Podjęłam ostatnio decyzję: kiedy się kocham, niekoniecznie dochodzę, tak po prostu. Chyba że wyciągnę Magic Wand lub Womanizer, wtedy nic mnie nie powstrzyma. Ale zanim je wyjmę, waham się. Ponieważ jest na świecie mnóstwo mężczyzn, dla których zabawki w trakcie seksu to nie jest coś standardowego czy nieszkodliwego. Pamiętam mężczyznę, który był bardzo, bardzo daleko od mojego orgazmu. Miał styl wielkich pchnięć, a moja łechtaczka ziewała z nudów. Sięgnęłam do szuflady szafki nocnej i pokazałam mu Magic Wand. Powiedział: „nie widziałem jeszcze dziewczyny, która potrzebuje wibratora, żeby dojść”. Pomyślałam z empatią o tych wszystkich biednych kobietach, które musiały przy nim udawać, żeby skrócić ten akt lub nie sprawić mu przykrości. I doszłam, korzystając z wibratora. To był początek mojego strajku, byłam wtedy pełna energii i świeżości.

Docieram do momentu, w którym wolę zachować moje wibratory dla siebie. Szczytuję wiele razy i bardzo często, kiedy jestem sama ze sobą. Z wibratorem, bez wibratora, orgazmy się pojawiają, są naturalne, łatwe, w zasięgu.

Więc czego się boję przez te ostatnie kilka miesięcy, kiedy moje ciało zaznaje przyjemności z innym ciałem?

Moje niedawne przerwy w serii przypominają mi, za każdym razem coraz bardziej wymownie, co dzieje się we mnie, kiedy czuję się opuszczona. Odejście osoby, słowa, że nie chce mnie więcej widzieć ani ze mną rozmawiać czy kochać się, dotykają głęboko zakorzenionego strachu, że jestem zbyt taka, a nie dość taka; że jestem fundamentalnie obca miłości, niezdolna do bycia pokochaną.

Gdybym mogła pozbyć się mojego lęku przed opuszczeniem, czy byłabym w stanie znowu zatracić się w ramionach kogoś innego?

Odcisk ciała

Głowa może wiedzieć, że lepiej jest zakończyć relację z kimś w danym momencie, że rozejście się jest zdrowszym rozwiązaniem; ciało natomiast nadal woła to drugie ciało w niezwykle irytujący sposób. Nawołuje je do seksu, spania razem, pieszczot na plecach, dłoni na karku lub palców lekko dotykających biodra. Język woła do drugiego języka, dłoń do pośladków, usta do klatki piersiowej, szyi, warg. Dzieje się to bez ostrzeżenia, w ciągu jednej piosenki, w chwili nieuwagi. Nagle pojawia się błysk i zanurzasz się w pragnieniu, w braku.

Kiedy się kogoś kochało, pojawia się okres „cielesnego detoksu”, którego nie da się skrócić. Jestem bardzo niecierpliwa, więc wkurza mnie to. Kiedy już zdecydowałam, że idę do przodu, skoki mojego libido wobec kogoś, kto mnie rozczarował albo zranił, denerwują mnie, smucą i martwią. Pojawia się strach „unieruchomienia” w tej nostalgii. Czasami próbowałam odeprzeć te flashbacki, łącząc się ciut za wcześnie i mechanicznie z ciałami innych mężczyzn. Czasami, jeśli chemia była dobra, to działało i przynosiło wielką ulgę! Czułam się oczyszczona z tych natrętnych impulsów i źle ulokowanych pragnień. Ale często moje ciało nie łączy się tak łatwo z ciałami innych osób i pozostaję obojętna wobec skóry innego mężczyzny, choćby najdelikatniejszej, wobec jego penisa, choćby najtwardszego, wobec jego pragnienia. Podążam za moją chęcią wycofania się, tłumaczę moją niedyspozycyjność, przepraszam, opuszczam łóżko i ciało, zasypiam gdzie indziej. Po tych pozbawiających złudzeń doświadczeniach czuję jeszcze większą nostalgię za utraconym ciałem, które znałam. 

Jednak to ukochane ciało jest często już bardzo daleko. W pamięci zaciera się już kształt tego członka, miękkość i zapach w zagłębieniu obojczyków, smak śliny. Już powoli odchodzą w zapomnienie. Ale wciąż pamiętam bardzo szczegółowo, jak to drugie ciało sprawiało, że się czułam. Odczuwałam silne, żywe pożądanie. Moja nostalgia to nie tęsknota za penisem, za kimś „dobrym w łóżku”. Ale za moim własnym pragnieniem. Tęsknię za tym, jak się czułam przy tym ciele. Żywa, pełna energii. Marzę o takiej intensywności emocji i uczuć… aż do kolejnego miłosnego wybuchu. 

Pożądanie to twardy narkotyk.